Odc. 7 - ARYSTOKRATA W EPOCE „BUNTU MAS”

ARYSTOKRATA W EPOCE „BUNTU MAS”

Krakowski Instytut Muzykologii Uniwersytetu Jagiellońskiego mieści się w dawnym pałacu hrabiów Pusłowskich, przy ul. Westerplatte 10. Ta neorenesansowa siedziba, w stylu florenckim, należała do rodziny, która bardzo się zasłużyła dla dziejów Polski. Choć nie zawsze to co robiła było oficjalne i zgodne z prawem – jak choćby fakt, że to prawdopodobnie oni dali łapówkę Mikołajowi Nowosilcowowi, by po śledztwie filomatów, sam zwrócił się z prośbą do cara, by dać niskie wyroki oskarżonym.  

Przyjrzyjmy się zatem postaci ostatniego z rodu, hrabiemu Xaweremu Pusłowskiemu, który przekazał swój pałac Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, wraz ze wspaniałą kolekcją sztuki. Nie będzie to może opowieść bezpośrednio o muzyce, ale pokaże nam przekonania i gust warstwy, która przez wieki, była mecenasem i sponsorem wielkich artystów i także wpływała na dzieła, które u nich zamawiała.

 

W 1968 roku rozstał się z życiem hrabia Xawery Pusłowski, a zrobił to z wszelkim zachowaniem form. Obłożony poduszkami, na wspaniałej kanapie, umierał niczym Heine w swoim „sarkofagu z materaców” lub Marcel Proust, z którym jego rodzina zresztą się przyjaźniła, do tego stopnia, że ojciec Xawerego, hr. Zygmunt Pusłowski, trzymał do chrztu brata Marcelego – Roberta Prousta.

   Dla ludzi jego czasów śmierć była czymś w rodzaju proszonej kolacji, na którą trzeba iść, choć nie ma się na to ochoty. Ten przykry obowiązek wypełniano z pewną nonszalancją. Toteż choroba Xawerego, a następnie jego śmierć zamieniły się w jakiś niezwykły lever, podczas którego, leżąc na poduszkach w charakterystycznej czapeczce, przyjmował gości, udzielał lekcji, prowadził dyskusje i słuchał plotek. Zbyt przypomina to śmierć Talleyranda, by mogło być zwykłym przypadkiem.

   Hrabia pragnął nam przekazać szczątek dawnego czasu, cudownie zachowany w krakowskim pałacu jakby na przekór temu, co działo się dookoła. Potrzebę istnienia tego typu ludzi trudno przecenić. W kraju, gdzie każde dziecko wie, jak robić pałaszem, on należał do tych, którzy wiedzieli, w której ręce się trzyma widelec i jak się go odkłada po posiłku. Wiedzę tę pragnął ocalić dla przyszłych pokoleń. Może to i drobiazg, ale, jak pisze Proust, w ostatecznym rozrachunku cóż nam pozostaje, jeśli nie wspomnienie zapachu kwiatów i smaku magdalenki? Niestety, w naszym kraju nawet słowo „magdalenka” kojarzy się z polityką.

   Dla Pusłowskiego kultura, elegancja i savoir vivre nie były czymś wyuczonym, ale tak naturalnym, jak powietrze. Nie musiał udawać arystokraty, był nim naprawdę.

   Gdy świat ogarnęło szaleństwo wojen i rewolucji, na wzór filozofa z Ferrney (którego pełne, stutomowe wydanie miał na swojej półce), zaczął uprawiać swój ogródek. Przechodziły wojny, rządzili niekompetentni ludzie, jednych windowano na piedestał, innych z niego zrzucano, a on trwał w swoim maleńkim państewku zaczynającym się przy płocie ulicy Westerpllate, a kończącym w ogrodzie za domem, zgodnie z zasadą: my home is my castle.

   Wróg zdobywał jego domenę stopniowo. Po wojnie zabrano mu część ogrodu, by dać go państwowym placówkom, potem zmuszono do zapisania pałacu i zbiorów Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, ograniczając hrabiemu przestrzeń życiową do kilku pokoi.  Jednak sama jego postać ciągle była skazą na zdrowym obliczu socjalistycznego społeczeństwa. Bo czyż mogło być coś straszniejszego, coś bardziej kłopotliwego, nieprawomyślnego i anachronicznego, niż prawdziwy hrabia w swoim prawdziwym pałacu ?

   Na swoje szczęście Pusłowski znał różne języki i jako taki mógł służyć „nowemu społeczeństwu”. Nie przeciągał struny. Mając w pamięci smutny los Dominika Radziwiłła z Balic, którego po wojnie aresztowano i wywieziono na Sybir, Pusłowski szedł na pewne kompromisy. Żartował, iż na nagrobku powinno się mu umieścić tabliczkę: „Hrabia Franciszek Xawery Pusłowski – były tłumacz PRL i prezes klubu sportowego w Nowym Korczynie”.

   Miał jeszcze swoją kolekcję sztuki odziedziczoną po przodkach. Imponującą, choć bodaj nic w życiu do niej nie dokupił. Widać nie miał serca do przedmiotów, przedkładając nad nie tzw. sferę ducha, czyli garść prostych zasad, których należy się w życiu trzymać. A przedmioty? Cóż, przychodzą, odchodzą – nie należy się do nich przywiązywać, by nie odczuwać bólu po ich stracie. Nie jest to zła postawa w trudnych czasach.

   Opata Sieysa zapytano kiedyś, co robił jako członek Konwentu za rządów Robespierra, gdy gilotyna codziennie wypluwała do kosza dziesiątki głów. „Żyłem” – odpowiedział krótko. To samo usiłował robić w PRL Xawery Pusłowski.

   Chronił znajdujące się w pałacu zbiory dla przyszłych pokoleń, choć sam nie miał dzieci. Jako erudyta wiedział, jaka jest wartość tych dzieł, ale dbał o nie z innego powodu –  szacunku dla przodków. Do końca życia nie zapomniał, że ojciec kochał swoje zbiory i robił mu awantury, gdy nieopatrznie oparł się o jakiś mebel czy tkaninę.

    Ojciec i właściwy twórca rodzinnej kolekcji, hr. Zygmunt Pusłowski, miał zupełne inne podejście do przedmiotów. Był to człowiek, który łączył w sobie przemysłowca i gracza giełdowego z oderwanym od rzeczywistości naukowcem. Zajmował się też spirytyzmem. W swojej bibliotece trzymał prawdziwy ludzki szkielet z turkusowymi oczami, ubrany w szlachecki żupan. Możemy w tej maskaradzie widzieć kaprys, jakieś signum temporis lub przeczucie, że wszyscy jego trzej synowie zejdą ze świata bezpotomnie. Ale chyba zwykłe zainteresowanie medycyną, geologią i historią złożyło się na ten niezwykły obraz, tak przypominający średniowieczne wzory „sztuki pamięci”.

   Dziś, osaczeni przez telewizję, ściśnięci w wąskich ramach swoich specjalizacji, nie jesteśmy w stanie zrekonstruować sobie mentalności owych czasów, kiedy to na objechanie świata dookoła potrzebowano co najmniej 80 dni, a ludzi stać było na to, by interesować się wszystkim.

   Pusłowscy czytali książki medyczne, badali odmiany roślin i podglądali przez mikroskop tajemniczy świat drobnoustrojów. Zbierali dzieła sztuki, popierali kluby sportowe, zakładali sierocińce i domy starców. Gromadzili archiwa oraz biblioteki, badali genealogię, przekładali poezję i prozę z wielu języków, sami też coś pisali.

   Interesował ich świat. Nawiązywali kontakty z zagranicznymi instytucjami, pisali listy i odezwy. Dzięki swym znajomościom wyciągali z więzień zbuntowaną młodzież walczącą z caratem i uczestników powstań narodowych. Wszystko to robione było po cichu. Zacierali za sobą ślady tak staranie, że dziś możemy się tylko pewnych rzeczy domyślać.

   W 1998 r. mieliśmy możność zajrzeć do ich domu, podczas wystawy „Xawery Pusłowski – czas niestracony”, gdy na parę miesięcy zrekonstruowano kilka sal w pałacu przy ul. Westerpllate 10., przywracając im wystrój z czasów gdy każdy z pokoi był jakby samodzielnym muzeum, a razem tworzyły niepowtarzalną kompozycję dobrego smaku. Ów smak wyrażał się w nieco niedbałej elegancji, czarnym, prostym stroju noszonym przez  magnatki i przepysznych dziełach sztuki gromadzonych z wyrafinowanym dyletantyzmem.

   Pojęcie sztuki było inne niż to, które dzisiaj znamy. Nasze współczesne muzea są jak prosektoria, gdzie na czystych i sterylnych ścianach wiszą przedmioty wydarte ze swojego naturalnego środowiska i oznaczone numerem. Ołtarze, przed którymi klękali przez setki lat wierni, dziś są podziwiane przez rozkrzyczane wycieczki, a nudne wywody o dacie powstania i „palecie barw” odzierają je z cudowności. Biżuteria zamiast szyi pięknych kobiet zdobi wnętrza kas pancernych. Drobiazgi i naczynia, ogrzewane niegdyś dotykiem właściciela, spoczywają w gablocie za szybą – zimne i martwe.

  Pusłowscy nie chcieli, aby ich muzeum miało taki charakter. Pragnęli, by zachowało się jako dom, gdzie przedmioty żyją.  Ołtarze – w kaplicy, kredensy – w jadalni, francuskie tkaniny warte majątek – na klatce schodowej, by umilały spacer wędrującym do górnych sal. Zbroje i halabardy miały przypominać starożytność rodu i jego zasługi bojowe (wszak jeden z Pusłowskich był naczelnikiem obwodu podczas powstania listopadowego).

   Schodami tymi, zresztą olśniewającymi (jednymi z piękniejszych w Krakowie) wędrowali dygnitarze wszystkich krajów, uczeni, poeci, malarze, rzeźbiarze, sportowcy, żołnierze, a także liczni interesanci biegnący do założonego tu przez ostatniego z rodu, Xawerego Pusłowskiego, biura tłumacza przysięgłego.

   Nad rodziną i jej zbiorami wisiało jakieś przerażające fatum, obracające wniwecz wszystkie plany. Od jednej wioski Pusłowscy doszli w krótkim czasie do fortuny, którą utracili równie szybko, jak ją zdobyli. Paliły się ich pałace pełne dzieł sztuki – najpierw Królikarnia w Warszawie i Piaski Wielkie, potem Czarkowy. Pałac w Krakowie ocalał, ale jego zbiory uległy rozproszeniu. Niemcy zabrali w okresie okupacji „Wenus” Massysa i „Rzeź niewiniątek” Cranacha (dziś obraz ten możemy oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie), część została rozdana przez samego hrabiego lub zabrana bez wiedzy właściciela przez niektórych odwiedzających. Reszta trafiła najpierw do Collegium Maius, a potem do magazynów krakowskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie.

   Dziś, by zobaczyć zbiory hrabiów Pusłowskich, trzeba udać się do Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie zrekonstruowano schody z ich pałacu i ozdobiono je wspaniałymi tapisteriami Crequi. W „zielonej sali” tegoż muzeum wiszą m.in. „Portret Marii Pusłowskiej” Jana Matejki, niedawno odzyskana przez Ciechanowieckiego „Wenus” Quentina Massysa, „Duch Ojca ukazujący się Hamletowi” pędzla Delacroix i „Zaskoczona” – doskonała rzeźba Falconeta.

   Resztę można ujrzeć w placówkach Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, przede wszystkim w Dworku Jana Matejki w Krzesławicach, który ozdobiono licznymi meblami z pałacu hrabiego. Archiwa i biblioteka znalazły schronienie w magazynach Uniwersytetu Jagiellońskiego.

   Należy żałować, że okoliczności nie pozwoliły na zachowanie in situ całej tej spuścizny, gromadzonej z prawdziwie proustowską precyzją. Ale gdzie by się wtedy podział Instytut Muzyki Uniwersytetu Jagiellońskiego?